
Rozmowa z Tomaszem Szponderem, prezesem Domu Wydawniczego Rebis
Wczoraj (27 stycznia) odebrał pan nagrodę #8222;Wydawca Roku 2009#8221; przyznaną przez #8222;Bibliotekę Analiz#8221;. Serdecznie gratulujemy! Co w pana ocenie zdecydowało o przyznaniu tego wyróżnienia?
Sam nie wiem#8230; Może Wysoka Kapituła chciała jakoś w końcu nagrodzić któreś z wydawnictw powstałych w nowej Polsce, po 1989 roku? A że należymy do najstarszych spośród nich (w tym roku minie 20 lat od rozpoczęcia działalności Rebisu) to padło na nas?
Może dostrzeżono nasz szeroki profil wydawniczy: od ambitnej literatury, wśród której nie brakuje m.in. noblistów, poprzez komercyjną beletrystykę, szeroko rozumianą psychologię, aż po książki historyczne.
Może doceniono starania, jeśli chodzi o techniczną jakość wydawanych książek czy też opracowania redakcyjnego, a może generalną zasadę działania fair play (tradycyjnie zwaną solidnością kupiecką), którą staramy się wdrażać w kontaktach z naszymi kontrahentami?
A może wzięto pod uwagę widoczne starania promocyjne? Nie wiem, w każdym razie serdecznie Wysokiej Kapitule w imieniu całej załogi dziękuję.
Nagrody #8222;Wydawca Roku#8221; odbierają tradycyjnie szefowie nagrodzonych wydawnictw, lecz jest ona przyznawana za dokonania całej firmy. Kogo w zespole Rebisu szczególnie wyróżniłby pan i uznał, że przyczynił się najbardziej do tego sukcesu?
Nasza podstawowa siła to umiejętność działania zespołowego. Już kilkanaście lat działamy praktycznie w tym samym składzie i generalnie nasz zespół tworzą ludzie, którzy znają się na swojej pracy, są w nią zaangażowani i identyfikują się z firmą. Stąd nie chciałbym nikogo wyróżniać, może oprócz drugiego członka zarządu, Grażyny Szponder, która daje nam duże oszczędności w funduszu płac, spełniając kilka różnych funkcji, m.in. koordynatora okładek i opracowania graficznego, administratora systemu komputerowego, dodatkowego pracownika działu księgowości, a czasem także poszukiwacza ciekawych praw autorskich.
Prościej mi będzie przedstawić kierowników poszczególnych działów. Sekretarzem redakcji jest Dorota Strzałko, szefem produkcji Michał Lisowski, szefem sprzedaży Ireneusz Szymański, a promocji Bogusław Tobiszowski. Wszyscy oni pełnią te funkcje od ponad 16 lat. Główna księgowa to Bogumiła Wilanowska. Za zakup praw autorskich i plan wydawniczy odpowiadam osobiście.
Jak pan ocenia dwudziestoletnią już historię Rebisu, jakie momenty były najważniejsze, jakie zwrotne, jak można podsumować osiągnięcia firmy?
Tak, te prawie 20 lat to kawał czasu i wiele było ciekawych momentów. Z pewnością sam moment narodzin #8211; założyliśmy firmę wspólnie z Tadeuszem Zyskiem. Formalnie oficyna zaczęła działać od 1 sierpnia 1990 roku. Pierwszą książką były #8222;Pasożyty umysłu#8221; Colina Wilsona, wydane w grudniu. Była to zresztą książka, która w jakiś sposób symbolizowała późniejszą drogę rozwoju i szeroki profil Rebisu #8211; z jednaj strony była to powieść s-f, a
z drugiej pozycja filozoficzna. O ówczesnym profilu wiele mówią też największe hity Rebisu z tych pierwszych lat #8211; z jednej strony #8222;Magia seksu#8221; Grahama Mastertona, a z drugiej #8222;Przebudzenie#8221; Anthony#8217;ego de Mello.
W wieku żłobkowym, gdzieś wiosną 1992 roku, mieliśmy pierwszy moment krytyczny #8211; o mało nie zbankrutowaliśmy, kiedy to w ciągu paru miesięcy padła połowa ze współpracujących z nami najważniejszych hurtowni i dosłownie z żadnej z nich nie odzyskaliśmy ani złotówki zadłużenia. Na szczęście dzięki hitom i łaskawości kontrahentów jakoś ten najtrudniejszy moment przetrwaliśmy #8211; kosztowało mnie to tylko sporo nieprzespanych nocy.
Trzeci ważny moment to osiągnięcie wieku przedszkolnego #8211; po trzech latach współpracy mój wspólnik zapragnął samodzielności i odszedł z Rebisu, a firmę zaczęliśmy prowadzić wspólnie z żoną (było to w grudniu 1993 roku). To ona skomputeryzowała firmę, i to w tym czasie zaczęło się też powolne modyfikowanie jej profilu.
Druga połowa lat 90-tych - czyli wiek wczesnoszkolny - to szalona popularność w Polsce Williama Whartona. Nikt przed, ani po nim nie dominował nigdy w takim stopniu na krajowych listach hitów i nie przyciągał przez niemal dziesięć lat tysięcznych tłumów na spotkania. Podróże promocyjne z tym autorem były zresztą jednym z moich większych przeżyć #8211; pokazywały dobitnie sens pracy wydawcy i dawały do niej ogromną motywację.
Nie ulegliśmy jednak wtedy chęci szybkiego konsumowania łatwych zysków, tylko konsekwentnie poszerzaliśmy program. To w latach 1997-1999 ruszyło kilkanaście nowych serii, głównie psychologicznych, które pozwoliły nam nadal rozwijać firmę mimo spadku popularności Whartona po roku 2000. W ten sposób weszliśmy w wiek gimnazjalny jako w pełni ukształtowany wydawca o szerokim profilu.
Kolejny ważny moment to rok 2005, czyli wiek licealny i wejście na pole książki historycznej. Działania te zaczynaliśmy z pewną nieśmiałością, no bo niby o wszystkich najważniejszych wydarzeniach w historii ludzkości napisano już wielokrotnie i było kilka wydawnictw specjalizujących się w tej tematyce. Tymczasem okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Pozyskaliśmy wiele bardzo interesujących tytułów, nie tylko z zakresu historii współczesnej, a sprzedaż niektórych z nich, jak #8222;Monte Cassino#8221; Matthew Parkera czy #8222;Zamachu#8221; Tadeusza A. Kisielewskiego osiągnęła ponad 40 tys. egz.. Oczywiście jest też trzech panów S (Suworow, Sołonin i Sołżenicyn), którzy przybliżają nam zasady działania państwa naszego wielkiego sąsiada ze Wschodu. Niezwykle istotnym elementem tej swoistej #8222;historycznej inwazji#8221; była też historia sztuki, konik Grażyny, a #8222;Historia piękna#8221; pod redakcją Umberto Eco, to jeden z naszych najpopularniejszych tytułów, ze sprzedażą ponad 55 tys. egz.
Dziś, w wieku studenckim, stoimy na progu poszerzenia działalności o książki audio i w formie e-booka, a także planujemy włączenie kolejnych podręczników akademickich do naszej oferty.
Dzięki swojej działalności osiągnął pan pozycję znaczącego autorytetu na naszym rynku książki. Jakie sprawy #8211; z pana perspektywy #8211; są obecnie najważniejsze dla naszego środowiska?
Absolutnie nie czuję się autorytetem i nie widzę jakichś wielkich barier rozwojowych w naszym segmencie rynku. Oczywiście wolałbym, żeby zerowy VAT utrzymany był jak najdłużej, a koszty egzemplarzy obowiązkowych zmniejszyły się, ale nie są to dla rynku książki sprawy życia czy śmierci. Przydałaby się też ze strony władz państwowych większa aktywność, a raczej większe dofinansowanie promocji czytelnictwa, bibliotek i przekładów polskiej literatury. Istotna jest na pewno możliwość powstanie większej liczby silnych sieci detalicznych na rynku. Dziwi mnie też na przykład niewielka liczba wspólnych działań wśród niezależnych księgarzy, co skutkuje często biadoleniem i próbami załatwiania spraw rynku za pomocą bezsensownych regulacji ustawowych.
Czy wierzy pan, że nasze środowisko może się do tego stopnia zintegrować, aby razem te problemy rozwiązać lub wywierać presję na administrację, aby podjęła działania zgodne z naszymi oczekiwaniami?
To zależy, czy nasze problemy i oczekiwania są wspólne. Na pewno starania o zerowy VAT w następnych latach mogą zjednoczyć wszystkich. Także sprawa obniżenia kosztów egzemplarzy obowiązkowych, ale już ustawa o książce dzieli wyraźnie środowiska wydawców i księgarzy. Mamy w Polsce wolny rynek, także w sferze kultury, i nikt jakoś nie usiłuje regulować cen czasopism, biletów do kina czy teatru. Skąd nagle marzenia o tym, żeby robić to na siłę właśnie z książkami?
Rozmawiał Piotr Dobrołęcki